17/02/2014

Kotlet na podłodze

Podczas obiadu kotlet krojony rączką Maćka jakimś trafem wyfrunął nad stołem i klicnął na podłogę. Oczywiście rozzłoszczona zaczęłam tyradę, że ... aż wstyd mi pisać teraz :(
I Maciej, mój najmądrzejszy człowieczek na świecie odezwał się w te słowa:
- Mamo, nauczyłem się pisać, posługiwać się sztućcami. Ale pisanie nie podoba się dziadkowi, bo mam ciągnąć literki od góry a nie od dołu. A jedzenie nożem i widelcem nie podoba się tobie, bo nie tak trzymam sztućce, jak ty byś chciała. Czy ja zawsze nie będę wystarczająco dobry dla ciebie i dziadka? Przecież się nauczyłem.

Usiadłam obok niego na podłodze. W sekundzie pojawiły się w mojej głowie wspomnienia dzieciństwa, wydarzeń, które pamiętam ze względu na przykre emocje im towarzyszące. Wydaje mi się, że "muszę" dawać sobie radę w każdej sytuacji życiowej, oczywiście sama, bo gdyby mi ktoś pomógł - to by sie nie liczyło. To byłaby ujma na moim honorze. "Muszę" umieć wszystko, "muszę" pamiętać o wszystkim. Nawet jeśli panuję nad każdą sytuacją - to wciąż za mało. Sama sobie tę życiową poprzeczkę wieszam wciąż wyżej i wyżej, tak żeby było mi trudno nad nią przeskoczyć. Mimo tego, że nie musze juz nikogo zadowalać i zabiegac o niczyje względy i akceptację. To trudne.

Na każdą negatywną ocenę, którą otrzymujemy w dzieciństwie od rodziców, powinno przypaść około dziesięciu pozytywnych informacji na temat dziecka. Żeby zachować "jako-taką" równowage psychiczną. Przychylam się do tego calkowicie!

Zapisałam na kartce w swoim kajeciku osobistych myśli - CHWALIĆ MAĆKA. Czasem takie "oczywiste oczywistości" docierają do nas dopiero w newralgicznych momentach.




No comments:

Post a Comment