Po raz pierwszy od czasu wyprowadzenia się od byłego współmałżonka przyszło mi się zmierzyć z rozpaczą mojego dziecka, dotyczącą kwestii rozwodu. Prędzej czy później Wasze dzieci będą miały jakieś pretensje - słuszne, uzasadnione, to pewne. Niemniej jednak, płacz, taki z serca, smutny, pełen wyrzutów, których ja jestem również przyczyną, jest rzeczą straszną. Dziecko cierpi nie mając obok siebie obydwojga rodziców. Wczorajsze pytanie Maćka, wyrzucone z siebie przerywanym od szlochu głosem:
- Dlaczego tata wyprowadził się aż tak daleko od nas? Czemu nie mógł się wyprowadzić chociażby do Katowic, nawet Warszawy czy Kołobrzegu...?
To nie pytanie do mnie. To nie pytanie wymagające ode mnie odpowiedzi. Ale uczucie żalu, którym przepełnione jest to małe ciałko mojego syna, nie pozwala mi dziś normalnie funkcjonować. Jestem pełna podziwu dla tego małego człowieka, bo dopiero teraz zorientowałam się jak strasznie musi przeżywać niespełnione obietnice, nieodebrane telefony, niedotrzymane słowa swojego taty. I jak świetnie sobie z tym radzi każdego dnia. Chciałabym bardzo mieć siłę, żeby podołać jego frustracjom, wspierać go, pozwalać mu wzrastać, pomimo.
Jeśli ktoś z Was ma podobne doświadczenia - podzielcie się nimi ze mną, proszę.
Przykro się czyta takie wpisy.Współczuję.Znam to z autopsji niestety.Przypomniała mi się moja córka gdy w wieku 5 lat musiała się zmierzyć z nową rzeczywistością.Tatuś się tak bardzo zakochał , że dla nas nie było już miejsca w jego życiu.Ile razy musiałam ją pocieszać gdy dziecko czekając na umówioną wizytę traciło nadzieję bo tatuś jednak nie znalazł dla niej czasu...Ile było wtedy płaczu , mojego tłumaczenia , pocieszania.Też muszę jej zastąpić oboje rodziców.Córa ma już prawie 18 lat i jest dla mnie najważniejszą osobą pod słońcem.
ReplyDeletePozdrawiam cieplutko :)
Pewnie "odwalasz" kawał dobrej roboty Basiu!! :)
Delete